Na szkolnictwo zawodowe decyduje się coraz więcej dziewcząt. – Z fachem w ręku dużo łatwiej jest znaleźć pracę – przekonują. Niektóre imają się nawet najbardziej ?męskich? zawodów.
W szkołach dla „zawodowców” dominuje testosteron. W zawodówkach dziewczęta stanowią mniej niż jedną trzecią wszystkich uczących się (30 proc.), a w technikach – sporo mniej niż połowę (40 proc.). Nasze rozmówczynie jednak nie obawiały się dominacji panów czy rozmaitych stereotypów i zamiast ogólniaków (w których więcej jest dziewcząt) wybrały technika. Oto ich historie.

Programista po ekonomiku

Marzena Skrobisz pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego. To 60-tysięczne miasto w województwie łódzkim. Jak każda 16-latka po gimnazjum musiała zdecydować się na szkołę średnią. Do wyboru miała liceum ogólnokształcące i technikum ekonomiczne.

  • Nigdy nie byłam orłem z matematyki, ale mam taki charakter, że jak coś mi nie wychodzi, to bardzo się staram poprawić – opowiada.

Marzena wiedziała, na co się pisze. W technikum jest dużo matematyki. Do tego rachunkowość, księgowość, ekonomia i przedsiębiorczość. Mimo to jednak nie zdecydowała się na liceum, wolała mieć fach w ręku i poszła do ekonomika.

  • Wtedy jeszcze nie myślałam o tym, po jakiej szkole są większe szanse znalezienia pracy. Po prostu chciałam się uczyć tego, co mnie bardziej interesuje – wspomina.

Początki były trudne. Pierwsze dwa lata to dużo teorii i jeszcze więcej liczenia. Matematyka to podstawa. Potem zaczęło robić się ciekawiej.

Musieliśmy na przykład iść do urzędu skarbowego, wziąć odpowiednie formularze i potem je wszystkie wypełnić. To była namiastka tego, co może spotkać nas w przyszłości – mówi Marzena.

W trzeciej i czwartej klasie pojawiło się więcej praktyki i to naszej rozmówczyni podobało się najbardziej. Na zajęciach korzystała z profesjonalnych programów księgowych i rachunkowych. Takich samych, jakich używają firmy.

Marzena nie została jednak ekonomistką, ale wiedza zdobyta w technikum przydaje jej się do rozliczenia własnego PIT. Pomaga w tym również rodzinie i znajomym. Nie żałuje ani jednego dnia spędzonego w tej szkole.

  • Cieszę się, że tam poszłam. Gdybym wybrała liceum ogólnokształcące, nie mogłabym studiować na Politechnice Łódzkiej i nie byłoby mnie tu dzisiaj – opowiada.

„Tu”, czyli w firmie informatycznej Cybercom w Łodzi. Obok pokoju, w którym się spotykamy, jest pomieszczenie ze stołem do ping-ponga. Jej współpracownicy, „by się zresetować”, przychodzą tu na partyjkę lub dwie. Obok piłkarzyki, gdzie indziej konsola do gier.

Marzena pracuje tu jako testerka oprogramowania. Studiowała informatykę na PŁ. Już na drugim roku przyszła na wakacyjny staż. Spodobało jej się i została. Mówi, że do firmy przekonała ją rodzinna atmosfera. Cybercom w Łodzi robi między innymi oprogramowanie dla dużych firm z branży samochodowej. Programiści piszą programy, ona je testuje. Sama przyznaje, że pierwszym krokiem na drodze, która doprowadziła ją do stanowiska testera, było wybranie technikum jako szkoły średniej.

Jest mi lżej

Kinga Furmańska z Lidzbarka Warmińskiego też kończyła technikum ekonomiczne. Ona także nie żałuje swojego wyboru.

  • Dużo się dowiedziałam. Rachunkowość, konta, rynek, popyt i podaż to teraz dobrze znane mi pojęcia. Elementy ekonomii można znaleźć praktycznie wszędzie. Wszystko, co nas otacza, to ekonomia – opowiada.

Kinga jest zadowolona, że może się pochwalić dyplomem technika ekonomisty.

  • Po ogólniaku nie ma się nic. Pracodawcy inaczej patrzą, jak przyjdzie się z takim dokumentem. Doceniają to – mówi Kinga.

Dziś pracuje w zakładzie zajmującym się spawaniem. Zatrudniona jest w biurze na stanowisku technika prac biurowych. Pracę też dostała dzięki kompetencjom zdobytym w szkole.

  • Złożyłam CV. Firma zadzwoniła do szkoły i pytała o mnie, a nauczycielka pozytywnie mnie zarekomendowała. Dzięki temu pracuję, to już ponad rok – opowiada.

W firmie robi bardzo dużo. Jak mówi – jest od wszystkiego. Zajmuje się rejestrami dokumentów zakupu i sprzedaży, rejestrem zamówień na sprzedaż, opiekuje się ofertami, pomaga księgowej w wynagrodzeniach. Mimo że Kinga na co dzień pracuje, nie zamknęło jej to drogi do dalszej nauki. Studiuje administrację na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Dzięki temu, że wybrała technikum, na studiach jest jej lżej.

  • Wiele tematów, o których moi koledzy słyszą po raz pierwszy, ja już mam przerobione – mówi Kinga.

Kolejny zawód się przyda

Milena Galach ma 24 lata. Mieszka w Łodzi. Gdy decydowała o wyborze szkoły średniej, słuchała rad rodziców.

  • Nakierowali mnie, że ważny jest zawód. A po liceum go nie ma – zauważa.

Dziewczyna wybrała technikum gastronomiczne. Jeszcze w trakcie nauki zaczęła pracować. Na początku zatrudniały ją sale bankietowe. Pomagała przy weselach i innych imprezach okolicznościowych. Zbierała doświadczenie. Kiedy CV zaczęło pęcznieć, zatrudniła się jako kelnerka w jednej z łódzkich restauracji.

  • Płacili początkowo 7 zł brutto na godzinę. Ale można było liczyć na napiwki. W przeciwnym razie chyba nie opłacałoby się w ogóle pracować. Praca w gastronomii jest bardzo trudna i niewdzięczna. To naprawdę ciężki kawałek chleba. Polecam każdemu, żeby zobaczył, jak to jest – mówi.

Już po szkole Milena znalazła coś spokojniejszego. Poszła na rozmowę o pracę do szkoły podstawowej. Tam potrzebowali pomocnika do kuchni. Znowu przydał się dyplom technika i zdobyte w trakcie nauki umiejętności.

  • Mam dyplom technika żywienia. Bez niego nawet nie chcieliby ze mną rozmawiać. Pytali o książeczkę zdrowia. Ona jest niezbędna w tej pracy. Też już ją miałam – mówi Milena.

Dziewczyna jest przekonana, że kiedy szuka się pracy, ważne jest, żeby mieć wyuczony jakiś zawód. Po gastronomiku poszła jeszcze do szkoły policealnej. Tam zrobiła dyplom technika dentystycznego.

  • Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda mi się kolejny zawód – opowiada.

Inżynierka z miłości

Kinga, warszawianka, ma 20 lat, studiuje na WIL-u, czyli na Wydziale Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej. Ale dobrze pamięta końcówkę swojego gimnazjum. – Atmosfera w domu była, delikatnie mówiąc, napięta. Ja myślałam o ogólniaku, ale tata, inżynier budownictwa, nalegał, bym poszła do technikum budowlanego. Na szczęście go posłuchałam – mówi.

W technikum nauczyła się nie tylko wznosić konstrukcje murowane, projektować, ale też nadzorować prace na budowie. To ważne, bo wskutek deregulacji zawodów technicy budowlani zyskali nowe, szersze uprawnienia. Mogą m.in. kierować robotami budowlanymi w ograniczonym zakresie.

Kinga wspomina, że w drodze po dyplom technika budownictwa nieraz imała się ciężkiej fizycznej pracy budowlańca. – Chciałam poznać plac budowy od podszewki, więc nie jeden raz zdarzyło mi się ładować cement do betoniarki łopatą czy pchać taczkę ze żwirem – opowiada. Niedogodności nie zauważyła, no może poza odciskami, zakwasami i spływającym po spoconej twarzy makijażem.

Na egzaminie zawodowym wymurowała komin tak szybko, że zawstydziła swoich kolegów, od nauczycieli natomiast zebrała pochwały. Dziś ma w ręku fach murarz-tynkarz i dyplom technika budownictwa. – Na rynku pracy nie przepadłabym, nawet gdybym po maturze zrezygnowała z dalszej nauki – uważa Kinga.

I trudno nie przyznać jej racji. Firmy budowlane potrzebują rąk do pracy, ale nie zawsze mogą je znaleźć na polskim rynku pracy. Dlatego coraz chętniej zatrudniają obcokrajowców, głównie Ukraińców.

Ale Kinga z nauki nie zrezygnowała. I to nie tylko dlatego, że „tata nie chciał nawet słuchać o takim rozwiązaniu”. W technikum poznała swojego chłopaka, dziś razem studiują na politechnice, choć Kinga zarzeka się, że na pewno nie będą pracować na jednej budowie.

Źródło: Gazeta Wyborcza, Michał Frąk, Bartosz Sendrowicz,
27 kwietnia 2016