Klasy patronackie, praktyki czy staże stały się powszechnym modelem współpracy między szkołami zawodowymi i firmami. Pierwsze liczą na dostęp do nowoczesnych technologii, drugie na kandydatów do pracy.

Michał Frąk

„Młody, skocz po flaszkę”. W PRL-u prawdopodobnie było to jedno z pierwszych „poleceń służbowych”, jakie otrzymywał młody człowiek rozpoczynający staż czy praktyki w firmie. W wersji „soft” latanie po flaszkę zamieniane było na latanie z miotłą, a w późniejszych czasach kserowanie dokumentów czy robienie kawy. Pracy było mało, więc nikt praktykantów nie traktował poważnie. I tak wiadomo było, że są tylko na chwilę.

Szczęśliwie czasy te mamy już za sobą. Tak bardzo za sobą, że mało kto już o nich pamięta. Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna. Organizacje zrzeszające pracodawców alarmują o braku rąk do pracy. Ponad połowa firm deklaruje, że ma kłopoty ze znalezieniem pracowników. Zapewniają, że rozwijałyby się szybciej, gdyby nie niedobory kadr. W tych okolicznościach do łask wraca szkolnictwo zawodowe.

Przez lata niedoinwestowane i zaniedbane doczekało się łatki zacofanego i oderwanego od rzeczywistości. Systematycznie szkoły zawodowe stały się placówkami ostatniego wyboru. W efekcie wybierali je uczniowie, którzy gdzie indziej nie mogli się dostać.

Myślenie to pokutuje do dzisiaj. Zdarza się, że rodzice, a czasem nawet nauczyciele odradzają uczniom wybór szkoły zawodowej. „Za mądry jesteś, żeby marnować się w zawodówce” – tłumaczą. Opowiadają o tym doradcy zawodowi, którzy pracują z młodzieżą w szkołach. Muszą długo przekonywać, że dzisiejsza szkoła zawodowa wygląda zupełnie inaczej niż to, jak pamiętają ją rodzice uczniów. Jak?

– Szkoła zawodowa, która nie istnieje w symbiozie z przemysłem, umiera – uważa Janusz Moos, dyrektor Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego.

Takie myślenie podziela dzisiaj już większość dyrektorów szkół. I robią bardzo wiele, by z przemysłem kontakty mieć jak najszersze. A teraz jest dużo łatwiej niż jeszcze kilka lat temu, bo firmom na tym zależy.

– Ze szkołami zawodowymi współpracujemy od kilku lat. Najoczywistszą formą takiej kooperacji są praktyki. Chętnie przyjmujemy u siebie młodych ludzi, bo zależy nam, by zobaczyli, jak dzisiaj wygląda praca w nowoczesnej firmie. Często dopiero po wejściu do zakładu pracy młodym osobom otwierają się oczy. Nie spodziewają się tyle automatyki, elektroniki i nowoczesnych technologii – mówi Miłosz Laska, dyrektor Serwisu Oddziału Wrocław w firmie Jungheinrich.

Inwestycja w młode pokolenia przynosi efekty, ale trzeba na nie poczekać. Tak też było w przypadku firmy Jungheinrich. Mimo że praktyki przedsiębiorstwo organizuje od kilku lat, udało się w ten sposób zatrudnić dopiero kilka osób. Jednak mimo to dyrektor Miłosz Laska radzi nie zniechęcać się do organizacji praktyk, choć ostrzega, że na początku jest to dość trudne logistycznie.

– Zależy nam, aby osoby, które do nas trafią, wyniosły z tego jak najwięcej. Dlatego długo zastanawialiśmy się nad programem zajęć i modyfikowaliśmy go wiele razy. Dzięki temu osoba, która do nas trafia, otrzyma odpowiednią dawkę teorii, bez której prawdopodobnie by sobie nie poradziła, ale już za chwilę będzie uczyła się w praktyce, wykonując zadania czysto techniczne – mówi pan dyrektor.

Korzyści dla ucznia są oczywiste. A co z tego ma firma?

– Podczas praktyk mamy okazję bardzo dobrze się poznać. Nawet kilka rozmów kwalifikacyjnych nie zastąpi tygodni spędzonych w zakładzie pracy. Dzięki temu wiemy nie tylko, jakie umiejętności posiada kandydat, ale również jakie ma predyspozycje i potencjał. Jakie jest jego nastawienie do pracy i obowiązków. Często jesteśmy gotowi dać szansę osobom, które może jeszcze technicznie nie radzą sobie wystarczająco, ale widzimy, że szybko się uczą i będą pasowały do zespołu. Jesteśmy gotowi w nich inwestować – dodaje dyrektor Miłosz Laska.

Źródło: Gazeta Wyborcza 25 marca 2019