Podwójny rocznik jest dla szkół zawodowych szansą, ale i zagrożeniem. Z jednej strony trafi do nich znacznie więcej uczniów niż zazwyczaj. Z drugiej mogą to być wybory bardzo przypadkowe.

Michał Frąk

Tegoroczna rekrutacja do szkół średnich będzie inna niż dotychczasowe. A to dlatego, że o miejsca w liceach, technikach i szkołach branżowych postarają się absolwenci dwóch typów szkół – ostatni gimnazjaliści oraz pierwsi uczniowie, którzy skończą ośmioletnie podstawówki. Tzw. podwójny rocznik minister Zalewskiej.

To oznacza, że w całym kraju o miejsca w szkołach średnich powalczy ok. 726 tys. dzieci, a nie jak dotąd blisko 350 tys. Dla przykładu w Warszawie do liceów, techników, szkół branżowych pójdzie nawet 44 tys. nastolatków (poprzednio poszło ok. 19 tys.). W Łodzi w ubiegłym roku szkolnym o przyjęcie do szkół średnich ubiegało się ponad 4 tys. gimnazjalistów, tym razem według wyliczeń miasta o miejsca będzie się starać blisko 11 tys. nastolatków.

Miasta zapewniają, że robią bardzo dużo, by wszyscy znaleźli miejsce w szkole. Nawet jeśli, to oczywistym jest, że wiele osób nie dostanie się tam, gdzie by chciało. Mowa tu zwłaszcza o liceach, którym na przyjęcie podwójnej liczby uczniów nie pozwala infrastruktura.

Z kolei szkolnictwo zawodowe do zbliżającej się podwójnej rekrutacji podchodzi z dużą nadzieją. Tu problemy infrastrukturalne są o wiele mniejsze. Placówki zazwyczaj dysponują większymi budynkami niż są w stanie wykorzystać, a i wyposażenie – często świeżo po unijnych dotacjach – pozwala przyjąć znacznie więcej uczniów niż do tej pory.

Nadzieje te podziela borykający się niedoborem kadr przemysł. Sytuacja, w której w szkołach zawodowych znajdzie się dwa razy więcej uczniów niż zazwyczaj bardzo się biznesowi podoba. Firmy już od lat zacieśniają współpracę ze szkołami w nadziei, że te dostarczą im pracowników. Na przykład organizując praktyki i staże, choć nie jest to łatwe.

– Z naszych, już pięcioletnich, doświadczeń obserwujemy, że trafienie na praktykę do nowoczesnego zakładu jest dla ucznia prawdziwym szczęściem. Wiem, że szkoły starają się jak mogą, by uczniowie poznawali najbardziej aktualne technologie, ale świat zmienia się tak szybko, że czasem im trudno za nim nadążyć. Nic więc dziwnego, że zdarza się, by trafiający do nas młodzi ludzie nie stykali się wcześniej, z naszej perspektywy, z podstawowymi urządzeniami. Staramy się zapełnić tę lukę, ale samo rozpoczęcie programu praktyk jest dla firmy wielkim wyzwaniem organizacyjnym. Zapewnienie bezpieczeństwa, dostosowanie się do rygorystycznych przepisów dotyczących współpracy z uczniami wymaga dużo determinacji. Ale w ostatecznym rozrachunku widzimy, że to się opłaca. Mamy już w naszym zespole osoby, które zaczynały przygodę z nami właśnie na praktykach – opowiada Miłosz Laska, dyrektor Serwisu Oddziału Wrocław w firmie Jungheinrich.

Otwartość przemysłu na pomoc szkołom zawodowym w kształceniu uczniów zyskuje teraz – w realiach podwójnego rocznika – dodatkowe znaczenie. Szkoły z jednej strony cieszą się, że prawdopodobnie przyjdzie do nich więcej uczniów, ale równocześnie martwią, że nie będzie komu ich uczyć. Chodzi głównie o nauczycieli przedmiotów zawodowych. Idealnie byłoby gdyby byli oni blisko związani z przemysłem. Tyle, że jeśli ktoś jest z nim związany, to woli pracować w fabryce za dużo większe pieniądze niż nauczyciel.

– Ratujemy się na różne sposoby. Na przykład wykorzystując nauczycieli emerytowanych. Chętnie byśmy zapraszali do siebie również specjalistów z firm, by prowadzili zajęcia z młodzieżą, nawet za to płacąc – mówi Andrzej Żelasko, dyrektor Zespołu Szkół Samochodowych w Łodzi. Biznes na takie propozycje patrzy z dużą sympatią. Z jednym jednak zastrzeżeniem. Firmy najpierw muszą zapewnić ciągłość produkcji, a dopiero potem gotowe są angażować się w projekty edukacyjne. Rzeczywistość jest jednak taka, że pracowników brakuje. Brakuje m.in. dlatego, że w szkołach nie ma kadry, by młodzież uczyć. Kadrę tę można by zastąpić specjalistami z przemysłu, ale tam też brakuje ludzi. I koło się zamyka.

Źródło: Gazeta Wyborcza 18 marca 2019