Rodzice chcieli, by poszła na studia, więc skończyła slawistykę. Zaraz potem zapisała się na kursy złotnicze i zaczęła szukać mistrza, od którego mogłaby się nauczyć tajników wyrobu biżuterii. – Ludzie coraz bardziej doceniają rzeczy robione ręcznie. Rzemiosło to przyszłość – mówi Katarzyna Hetman, właścicielka pracowni Hetman Jewerly.

Kolczyki w kształcie klusek śląskich? Pomysł może wydawać się ekstrawagancki, ale srebrne kuleczki z dyskretnym wgłębieniem są tak subtelne, że świetnie nadają się jako dodatek do eleganckiej stylizacji. Także inne kolczyki ze śląskiej serii są utrzymane w podobnej, minimalistycznej stylistyce: srebrna bryłka węgla, węgiel w wagonikach, katowickie Spodki czy brutalistyczne kielichy katowickiego dworca. Dla odważniejszych pań są przykuwające wzrok naszyjniki w formie rydułtowskiej hałdy Szarloty czy broszki w kształcie chorzowskiej żyrafy, kultowego pomnika stojącego przed wejściem do Śląskiego Ogrodu Zoologicznego. Wszystkie te cudeńka powstają w pracowni Hetman Jewerly, prowadzonej przez Katarzynę Hetman.

Mieszkająca obecnie w Sosnowcu katowiczanka o pracy złotniczki marzyła od lat, ale bliscy odradzali jej naukę w liceum o tym profilu. Woleli, by Kasia, zamiast tracić zdrowie w pracy z chemikaliami, skończyła studia i zajęła się czymś „normalnym”. Hetman postanowiła zaspokoić ambicje bliskich. Skończyła slawistykę, a potem stwierdziła, że to zupełnie nie jej bajka i zabrała się za realizację marzeń. Najpierw ukończyła kursy złotnicze, potem zaczęła szukać mistrza, od którego mogłaby się nauczyć tajników zawodu. – Nie było łatwo, bo wiele zakładów w tej branży prowadzonych jest od wielu pokoleń przez rodziny. Nie chcą przyjmować do siebie osób z zewnątrz – mówi Katarzyna.

Filolożka czeladniczką

Na szczęście poznała ponad siedemdziesięcioletniego pana Edmunda, który wcześniej zajmował się m.in. robieniem łańcuchów dla sędziów. Mężczyzna nie miał komu przekazać swojego doświadczenia, dlatego chętnie podzielił się nim z Kasią.

Katowiczanka została jego czeladniczką. Potem znalazła pracę w zakładzie złotniczym, aż wreszcie założyła własną działalność gospodarczą. – Rodzina i przyjaciele patrzyli z powątpiewaniem na to, co robię. Także finansowo było to spore wyzwanie. Maszyny złotnicze są drogie. Udało mi się jednak zdobyć dotację unijną na ich zakup. Wstawiłam je do mojego mieszkania. Dopiero później dorobiłam się pracowni, ale była w tak fatalnym stanie, że wstydziłam się tam zapraszać klientów. Wolałam umawiać się z nimi na mieście – wspomina Katarzyna.

Szybko okazało się jednak, że warto było znosić początkowe trudności. Kolekcja biżuterii inspirowana śląskimi motywami okazała się hitem. – Pomysł na biżuterię z motywami śląskimi chodził za mną od dawna. Jestem związana z tym regionem. Pierwsze śląskie ozdoby zrobiłam dla siebie, ale spodobały się znajomym, którzy zaczęli je u mnie zamawiać. Wkrótce okazało się, że jest coraz więcej ludzi pragnących podkreślić swoją przynależność do miejsca, w którym mieszkają – mówi Kasia.

Katarzyna zaczęła dostawać też indywidualne zamówienia od klientów, którzy zamiast masowo produkowanej biżuterii woleli mieć coś, co zostało stworzone specjalnie dla nich, według oryginalnego projektu. – Ludzie coraz bardziej doceniają rzeczy robione ręcznie, które różnią się od tych produkowanych masowo unikatowością i jakością wykonania. Dotyczy to nie tylko biżuterii, ale także ręcznie szytych ubrań czy odrestaurowywanych mebli. Nie chcemy mieć już tego, co mają wszyscy i co szybko wyjdzie z mody. Chcemy rzeczy z duszą, na całe życie, dlatego rzemiosło to przyszłość – mówi Katarzyna.

Jak wygrawerować głos?

Wspomina Patrycję i Daniela, którzy zamówili u niej obrączki z wygrawerowanym graficznym zapisem ich fal głosowych, jaki powstał w programie do obróbki dźwięku podczas  wymawiania słów: „Kocham cię”. Z kolei inny klient Katarzyny na każdą rocznicę swojego ślubu wraca do Hetman Jewerly z obrączką swojej żony i prosi o wprawienie do niej kolejnego brylancika. – Ten pan nigdy nie musi się już głowić nad rocznicowym prezentem – śmieje się Kasia.

Najniezwyklejsze zlecenie, jakie wykonywała, nie było jednak związane z miłością lecz z ratowaniem życia. – Na zamówienie lekarza ukształtowałam złotą blaszkę do uzupełnienia ubytku w czaszce. Wyjątkowo czuję się ze świadomością, że gdzieś dzięki mnie żyje człowiek, który ma mój wyrób cały czas ze sobą – mówi Katarzyna.

Obecnie przygotowuje kolejną kolekcję inspirowaną Śląskiem, ale bardziej abstrakcyjną. Będą to ozdoby nawiązujące do katowickich blokowisk – „Gwiazd” i „Kukurydz”. Ozdoby będą mieć formę górnego rzutu tych wieżowców, jakby widzianych z lotu ptaka. Po sukcesie klusek śląskich Katarzyna chce też zamknąć w złoto i srebro inne polskie potrawy: pierogi, krakowskie precelki i zakopiańskie oscypki.

Wreszcie dorobiła się własnej pracowni w Sosnowcu, do której nie wstydzi się zapraszać klientów. Jej biżuteria sprzedawana jest też w sześciu sklepach na Śląsku, w Krakowie i Łodzi.

Źródło: Gazeta Wyborcza, Magdalena Warchala